Ta wstrząsająca sprawa z Torunia przypomina w wielu aspektach tragiczną historię Kamilka z Częstochowy. Podobnie jak w przypadku tamtych wydarzeń, także i tutaj zdaje się, że zawiodły różnego rodzaju instytucje. Można było wcześniej zareagować na krzywdę 3-letniej Zuzi, na sygnały, które dziewczynka dawała swojemu otoczeniu. Niewykluczone, że była krzywdzona od dłuższego czasu, że nie był to „jednorazowy wypadek”, jak twierdzą rzekomo bliskie jej osoby.
Żeby zrozumieć, jakie mechanizmy zawiodły w ratowaniu Zuzi, musimy wrócić do początku tej sprawy, która wydarzyła się w 2021 roku. Okazuje się bowiem, że dwa lata przed szokującymi wydarzeniami Zuzia trafiła do rodziny zastępczej, która stworzyła jej kochający dom. Dziewczynka miała zostać odebrana matce, Sylwii M., która nie była w stanie zapewnić córce odpowiednich warunków do życia. Kobieta po pewnym czasie, razem z ojcem dziewczynki Przemysławem O., postanowiła postarać się o powrót dziecka, a Zuzia dosyć szybko, decyzją sądu, do nich wróciła. To prawdopodobnie wtedy, niemal od razu, rozpoczął się koszmar dziecka.
Czytaj więcej: Pokój Zbrodni
Przedstawiciele sądu nie chcą komentować, dlaczego podjęto taką decyzję. Z dokumentów wynika jedynie, że to Sylwia M. wystąpiła o umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej. Twierdziła, że nie mogła się nim zajmować z uwagi na problemy zdrowotne, choć ludzie z otoczenia kobiety twierdzą, że chodziło raczej o jej status materialny. Ostatecznie kurator sądowy uznał, że nie ma przeciwwskazań, by maluch wrócił pod opiekę matki. To, co dziewczynka przeżyła za zamkniętymi drzwiami, mrozi krew w żyłach.
28 maja 2021 roku 3-letnia Zuzia trafiła do szpitala w Toruniu z bardzo poważnymi obrażeniami ciała. Do placówki została przewieziona z kamienicy przy ulicy Mostowej. Od razu trafiła pod respirator, była w stanie krytycznym. Lekarze wskazywali, że dziewczynka doznała wieloodłamowego złamania kości prawej ręki, miała też liczne obrażenia mózgowia i obrzęk mózgu, a to wszystko, zdaniem prokuratury, spowodowały uderzenia w głowę, jakie ktoś miał zadać dziecku. Lekarze przez ponad dwa tygodnie walczyli o życie skatowanej 3-latki. Niestety, nie udało się jej uratować, Zuzia zmarła w nocy z 11 na 12 czerwca. Śledczy mówią wprost, że dziewczynka musiała być krzywdzona od dawna.
W toku śledztwa ustalono, że po karetkę zadzwonił Przemysław O. Mówił przez telefon, że z Zuzią „dzieje się coś niedobrego”. Na miejscu okazało się, że 3-latka musiała wcześniej przechodzić przez piekło, a obrażenia na jej ciele, różnego rodzaju sińce, wskazywały na to, że dziewczynka nie po raz pierwszy doświadczyła przemocy. Sylwia M. oraz Przemysław O. zostali zatrzymani i trafili do aresztu. Zdaniem śledczych, to oni mieli dopuścić się katowania 3-letniej Zuzi. Postawiono im zarzut znęcania się nad dzieckiem, a także zarzut usiłowania zabójstwa. Kto był oprawcą dziecka? Dlaczego Zuzia padła ofiarą przemocy i czemu nikt nie zareagował na jej krzywdę? Te pytania zadawali sobie nie tylko funkcjonariusze, ale również bliscy dziecka.
Przemysław O. w przeszłości miał zatargi z prawem. Przebywał w więzieniu za przestępstwa przeciwko mieniu, lecz osoby z otoczenia rodziny bronią go, mówią, że na pewno nie skrzywdziłby Zuzi. Co w takim razie się stało? Według nich dziewczynka mogła spaść ze schodów. Innego zdania jest natomiast siostra Sylwii M., pani Kinga, która w rozmowie z dziennikarzami TVN-u oceniła, że kobieta byłaby skłonna do skrzywdzenia dziecka, bo miewały napady agresji w przeszłości.
Zobacz galerię zdjęć. Dalszą część tekstu znajduje się pod nią.
Biologiczni rodzice zabrali 3-letnią Zuzię z pieczy zastępczej. A później ją zabili. Potworne obrażenia
Życie Sylwii M. było dość skomplikowane. Kobieta przez lata była częściowo ubezwłasnowolniona przez matkę. Sprawiała problemy, uciekała z domu, miała też się okaleczać. W końcu zdecydowała o przeprowadzce do Torunia, gdzie poznała Przemysława O. Kiedy rodzina pytała, co u niej, opowiadała różne rzeczy, nie zawsze zgodne z prawdą. Na jaw wyszło natomiast, że para zalegała z opłatami w wynajmowanym mieszkaniu. Mieli nie płacić za prąd, przestać odbierać telefony od właścicieli, a nawet wynosić z lokum rzeczy, które nie należały do nich, pozostawiając po sobie istne pobojowisko.
Rodzina maleńkiej Zuzi od trzech lat korzystała również z pomocy socjalnej, a to, co działo się za zamkniętymi drzwiami, miała monitorować specjalnie przyznana im asystentka, która jednak nie zauważyła niczego niepokojącego. Nic, co mogłoby wskazywać na to, że dziecku dzieje się krzywda. Nie dostrzegła nawet tego, że Zuzia miała złamaną rękę. Jak to możliwe?
Przedstawiciele Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Toruniu tłumaczyli się, że może dziewczynka nie miała gipsu, ani żadnego opatrunku, który mógłby wskazywać na złamanie. Ludzie śledzący tę sprawę oburzali się, że asystentka socjalna była zbyt mało uważna, a ona sama ubolewała, że nie zauważyła wielu tych sytuacji. Ośrodek w Toruniu podkreślał jednak, że przykładała dużą wagę do swojej pracy i wykonywała ją sumiennie. Przedstawiciele placówki nie potrafili odpowiedzieć na pytanie, czemu w takim razie te sygnały nie zostały dostrzeżone.
Proces z udziałem oskarżonych rozpoczął się w lipcu 2022 roku, a Sylwia M. i Przemysław O. cały czas pozostawali w areszcie. Za nami kilkanaście rozpraw, na których – w większości – oskarżeni byli obecni. Nie wiedzieliśmy jednak, co dokładnie dzieje się na sali sądowej, ponieważ zdecydowano o wyłączeniu jawności rozpraw. Wiadomo było natomiast, że na etapie śledztwa para nie przyznawała się do winy.
Adwokat matki, Adam Cieszyński, przekonywał w mediach, że Sylwia M. znajduje się w „specyficznym położeniu życiowym”, a okoliczności sprawy wskazują na to, że „nie należy jej jednoznacznie potępiać”. Co dokładnie ma na myśli mecenas? Pewności nie ma, ponieważ z uwagi na tajemnicę sali sądowej nie mógł zdradzić więcej. Sąd z kolei, co istotne w tej sprawie, uznał Sylwię M., mimo że w przeszłości była ubezwłasnowolniona, za osobę poczytalną.
Jednocześnie adwokat kobiety podkreślał, że jego zdaniem na wysokości zadania nie stanęły organy i instytucje publiczne. W tym zakresie, jak przyznają ludzie śledzący tę sprawę, trudno się z nim nie zgodzić. Rodzina miała bowiem przyznanego asystenta socjalnego, była pod opieką MOPR-u w Toruniu, zawodowi i społeczni kuratorzy trzymali nad nią pieczę, a wcześniej sąd rodzinny najpierw odebrał Sylwii M. córkę, a później oddał ją z powrotem pod jej opiekę. Czy naprawdę te wszystkie instytucje nie zauważyły, że w rodzinie może dziać się coś złego?
Wątek niedopełnienia obowiązków badała toruńska prokuratura, która jednak finalnie umorzyła śledztwo. Zażalenie w tej sprawie złożył wojewoda kujawsko-pomorski, którego urzędnicy kontrolowali MOPR w kontekście tej sprawy i ujawnili szereg zaniedbań, jakich mieli dopuścić się pracownicy socjalni. Mimo tego, przed sądem stanęli jedynie Sylwia M. oraz Przemysław O.
Prokuratura ustaliła, że rodzice mieli znęcać się nad Zuzią przynajmniej od kwietnia 2021 roku. Z opisu wynika, że bili dziecko przedmiotami oraz rękoma. Prokurator Andrzej Kukawski z Prokuratury Okręgowej w Toruniu ujawnił, że oskarżeni mieli ze szczególnym okrucieństwem znęcać się nad córką. Oprócz bicia, chwytali ręką za szyję 3-latki, co skutkowało zasinieniami i podbiegnięciami krwawymi oraz otarciami ciała. Na przełomie kwietnia i maja 2021 roku, uderzając dziewczynkę, mieli spowodować złamanie kości jej ramienia. Nie zapewnili córce żadnej pomocy lekarskiej, kiedy go wówczas potrzebowała.
28 maja, jak ustaliła prokuratura, nadszedł moment krytyczny, w którym rodzice mieli zadać Zuzi obrażenia w okolicach głowy. To wtedy nastąpił ciężki uszczerbek na zdrowiu, który po dwóch tygodniach skutkował jej śmiercią.
Dziennikarze „Super Expressu” przed jedną z rozpraw rozmawiali z biologicznymi rodzicami Zuzi. Sylwia M. przemierzała wówczas korytarz w asyście policji. Szła pewnym krokiem, uśmiechnięta od ucha do ucha. Reporterzy relacjonowali, że wyglądała tak, jakby szła na plotki do koleżanki, a nie na swoją sprawę karną. Zapytali ją, czy wie, co tutaj robi, a kobieta odpowiedziała krótko i treściwie: „tak, wiem”. Ale na pytanie o to, dlaczego Zuzia nie żyje, już nie odpowiedziała.
Przemysław O. na salę sądową wszedł z kolei w więziennym drelichu. Wyglądał zupełnie inaczej niż na zdjęciach, które zamieszczał na swoim profilu w mediach społecznościowych. Zapuścił brodę i wąsy. Zdawał się inaczej podchodzić do sprawy, niż matka Zuzi. Był blady, szedł tak, jakby sam nie chciał już żyć. Nie odpowiedział na żadne pytanie naszych dziennikarzy. Zarówno jemu, jak i Sylwii M., groziła kara dożywotniego więzienia.
14 maja 2025 roku Sąd Apelacyjny w Gdańsku utrzymał w mocy wyrok Sądu Okręgowego w Toruniu, ostatecznie skazując matkę dziewczynki oraz jej partnera. Sylwia M. usłyszała wyrok wynoszący 15 lat pozbawienia wolności - uznano, że to ona w istocie spowodowała obrażenia, które doprowadziły do śmierci córki. Była głównym katem, choć znęcała się nad dzieckiem przez ostatni miesiąc na oczach partnera, który nie reagował na przemoc. Przemysław O. otrzymał więc karę niższą. bo jego winę umniejszono. Dostał zaledwie 6 lat więzienia. Zdaniem internautów, takie wyroki za śmierć bezbronnego dziecka to skandal.
Tymczasem po Zuzi pozostał jedynie piękny pomnik, jaki zrobiono dla niej na cmentarzu w Toruniu. Serduszko z czarnego marmuru trzyma miś, a w rogu widnieje portret malutkiej dziewczynki z kucykami. Starsza kobieta, którą na miejscu spotkali reporterzy „Super Expressu”, powiedziała im, że pomnik postawiła kobieta z rodziny zastępczej, u której przebywała 3-letnia Zuzia. To ona miała również wyprawić dziewczynce pogrzeb.
Kobieta, która nie była jej biologiczną matką, okazała się tą prawdziwą. Kochającą Zuzię do samego końca.
Źródło: Biologiczni rodzice zabrali 3-letnią Zuzię z pieczy zastępczej. A później ją zabili. Potworne obrażenia